Plan pierwotny

Jest początek września 2006 roku. To nasz ostatni wieczór z Anią. Następnego dnia około południa, Ania będzie już w samolocie do stanów. Kochaliśmy się tej nocy naprawdę tak, jakby to miał być nasz ostatni raz w życiu, mniej delikatności, więcej brutalności, tak jakbyśmy chcieli naładować nasze akumulatorki energią niezbędną na co najmniej najbliższy rok rozstania. Następnego dnia wspólnie z Ani rodzicami odwiozłem ją na lotnisko. Kiedy odchodziła już na odprawę zrozumiałem co czuję, chciałem krzyknąć "Kocham Cię, nie leć" jednak bałem się, że i tak nie zostanie. Łudziłem się jeszcze, że może sama zawróci, jednak po chwili znikła za drzwiami odprawy. Pamiętam moment, kiedy startował samolot, wtedy pękło mi serce, a życie bez Ani wydawało się już kompletnie nie mieć sensu. Nawet w tej chwili pisząc to płaczę. Całą drogę powrotną, gdy odwoziłem rodziców Ani nie mogłem się pozbierać. Wtedy postanowiłem, że rozwiodę się Kasią, sprowadzę Anię do Polski i będziemy żyli długo i szczęśliwie. Plan wydawał się prosty, porozmawiam z Kasią, z rodziną, wyjaśnię co się stało, chyba zrozumieją. Potem wyprowadzę się i złoże papiery rozwodowe. Proste, prawda?

Kiedy wróciłem do rodzinnego miasta przywitała mnie płacząca Kasia. Wiedziała gdzie byłem i po co, czuła się zdradzona (nie w sensie seksualnym, tego była już pewna), nie rozumiała co się dzieje. Miała mnóstwo pytań. Choć właściwie, nie. Miała jedno "dlaczego?" i ja mimo szczerych chęci nie potrafiłem nawet nie tyle jej, co samemu sobie na to pytanie odpowiedzieć. Potem było jeszcze gorzej, drzwi mieszkania się praktycznie nie zamykały, a to moja matka, a to moja siostra z mężem, a to świętej pamięci już siostra mojego ojca a to jeszcze ktoś inny. Wszyscy próbowali mi wytłumaczyć jaki to wielki błąd właśnie popełniam. Argumenty mniej więcej te same, Kasia to taka wspaniała dziewczyna, Ania jest młoda, bawi się mną, kopnie mnie w dupę przy najbliższej okazji, leci na kasę (jaką kurwa kasę?) i w końcu koronny argument, że to nie miłość tylko zauroczenie, które najdalej za pół roku minie. Tym mnie "przekonali", pół roku mogłem dla świętego spokoju i zaspokojenia ich "roszczeń" poczekać. Oczywiście (o ja naiwny), to że się zgodziłem nie oznaczało, że dadzą mi spokój. Przy każdej okazji próbowano wyprostować moje uczucia. Nieświadomie i jak najbardziej w dobrej wierze najbliżsi zafundowali mi najprawdziwsze piekło. W końcu przystałem na kolejny kompromis, poczekam do powrotu Ani, bo - jak twierdzili - jeśli wróci dla mnie, będę, czy też co bardziej prawdziwe "oni" będą mieli dowód na to, że się nie mylę. Piekło trwało nadal, tak naprawdę mogłem odpocząć tylko w domu Ani rodziców, gdzie nadal bywałem i byłem przyjmowany jak członek rodziny. Ani mama wiedziała już, że mam żonę. Nie była z tego zadowolona, ale chyba (jak domniemam) byłem jedynym powodem dla którego Ania mogłaby wrócić ze stanów. Byłem jej ostatnią nadzieją na "odzyskanie" córki i chyba przede wszystkim dlatego nie robiła z faktu posiadania przeze żony afery. Później najprawdopodobniej za sprawą jednakowo silnej tęsknoty za Anią zżyliśmy się do tego stopnia, że zacząłem do niej mówić per mamo i rozmawialiśmy o rzeczach, o których ze swoją rodzoną mamą nigdy bym chyba nie porozmawiał. Właściwie o rzeczach, o których z nikim poza Anią do tej pory nie rozmawiałem, bo były zbyt intymne, zbyt osobiste, zbyt łatwo - mającemu taką wiedzę na mój temat - pozwalały mnie zranić. Do dziś jest mi bardzo bliską, jedną z najbliższych mi osób. Również jedną z niewielu, którą tak bardzo (chociaż ona może jeszcze o tym nie wie) zawiodłem. Pewnego wieczoru ze łzami w oczach poprosiła mnie, abym nie skrzywdził jej córki. Obiecałem, że tego nie zrobię. Wierzyłem w to, jednak jak się okazało, to była pierwsza niedotrzymana obietnica. W późniejszym czasie skrzywdziłem Anię niejednokrotnie, mimo, że niczym sobie na to nie zasłużyła, a wręcz przeciwnie dała mi nieproszona, nie jeden i nie dwa, a całą garść dowodów na to, jak bardzo mnie kocha. W moim domu o ile nie było nalotu rodziny panował już względny spokój. Kasia już nie pytała, nie robiła scen, właściwie to nie rozmawialiśmy prawie wcale. Popłakiwała czasami w po cichu myśląc, że tego nie widzę. Czasami ze łzami w oczach i w milczeniu podawała mi obiad wzbudzając we mnie za każdym razem coraz większe poczucie winy.

Rożnica w czasie między Polska i Stanami także zrobiła swoje. W nocy rozmawiałem z Anią, potem pracowałem, a kiedy nie musiałem już pracować, a Ani nie było jeszcze/już na sieci trzeba było odrobić nieprzespane godziny. Mój cały plan dnia dostosowany był do niej. Abym mógł jak najwięcej czasu jej poświęcić. I tak minął prawie rok. Ja już odliczałem dni do powrotu Ani, a z pierwotnego planu w życie nie zostało wprowadzone nic.

Dlaczego?

Byłem świeżo po przejściach z Agnieszką, kiedy w moim życiu pojawiła się Kasia. Przy czym "świeżo" jest tu słowem wyraźnie nie na miejscu, tylko ja przez te kilka lat kompletnie nie mogłem się pozbierać i sprawa z Agnieszką była dla mnie cały czas świeżą i bolesną. Agnieszka - w dużym skrócie - to kobieta, która wyrwała mi serce i pożarła je na moich oczach, ale o niej może innym razem. Tak na prawdę po niej nie miałem ochoty na żadne związki. Zupełny przypadek sprawił, że się poznaliśmy z Kasią i jeszcze większy przypadek zaowocował spotkaniem na urodzinach dziewczyny mojego przyjaciela. Cicha, skromna, może trochę zamknięta w sobie, może trochę zahukana. Na pewno miła i na pewno ładna, z całą pewnością pracowita i uczynna. Zostaliśmy parą.

Zanim wzięliśmy ślub minęło kilka ładnych lat, w czasie których przeżyliśmy z pewnością wiele wspaniałych chwil. Niestety bardzo niewiele lub wręcz - co bardziej zgodne z prawdą - prawie żadnych z nich od czasu wypadku nie pamiętam. Według przyjaciół, rodziny, według wszystkich byliśmy parą idealną. Co się z nami stało? Naprawdę nie wiem. Nie wiem także, na ile powyższy opis zgodny jest z prawdą. Nie pamiętam.

Nie wiem, czy już po wypadku i za jego sprawą, czy jeszcze przed, Kasia stała się dla mnie praktycznie aseksualna. Co prawda kochaliśmy się jeszcze od czasu do czasu, ale to nie było już "to", a przynajmniej nie to, czego oczekiwałem (i mówię tu o swoich doznaniach emocjonalnych, a nie o aspekcie fizycznym seksu). Oddalaliśmy się od siebie powoli i w efekcie końcowym (jak oceniam to dziś) żyliśmy nie ze sobą, a obok siebie. Chyba tylko żadne z nas, a przynajmniej ja nie chciałem tego przyjąć do wiadomości. Nadal głęboko wierzyłem w to, że ją kocham i cierpliwie czekałem na powrót wszystkich wspomnień. Te jednak nigdy nie powróciły. Dlaczego więc trwałem w tym dalej, pomimo, że nie byłem szczęśliwy? Pewnie dlatego, że musiałbym przyznać się do własnej porażki, a tego za wszelką cenę nie chciałem zrobić. Myślałem także, że "nie szukam", a tym czasem od jakiegoś czasu byłem już na "polowaniu"...

Powyższe stanowi chyba odpowiedź na pytanie "dlaczego?". Pewności nie mam, ale i póki co innej odpowiedzi także. Nawet na siłę nie potrafię znaleźć jakichkolwiek poważnych zarzutów przeciw Kasi. Ta odpowiedź, choć może niepełna, może także nieprawdziwa jest jednak moim małym sukcesem. Jeszcze niedawno przecież przez szereg lat nie miałem na to pytanie żadnej... Nadal także mam nadzieję, że wspomnienia jednak powrócą, choć dziś ciężko już odróżnić to co pamiętam na prawdę, od tego co usłyszałem od innych, a co później nieświadomie przyswoiłem jako własne. Odzyskanie ich pozwoliłoby mi nie tylko lepiej odpowiedzieć na to jakże ważne pytanie, ale także na szereg innych, na które do dziś nie znalazłem nawet nie tyle wyczerpującej, co często jakiejkolwiek odpowiedzi.

Świąteczna depresja

Nienawidzę tych świąt. Nie zawsze tak było, ale nie pamiętam kiedy przestałem umieć się nimi cieszyć. Być może mój wstręt do hipokryzji nie pozwala mi świętować. Przynajmniej od czasu, kiedy to po dokładnym przeczytaniu Biblii zostałem głęboko wierzącym ateistą. Raczej nie. Może więc fakt, że nigdy nie dostałem jedynego prezentu, na który zawsze czekałem zniszczył radość z nich? Też nie. Nie mogłem go dostać i byłem tego świadomy. Choroba mojego ojca nie była uleczalna i do dziś nie ma na nią leku. Być może, gdzieś w głębi duszy liczyłem na cud, ale nie mogło to być przyczyną mojego obecnie antagonistycznego wręcz nastawienia do Świąt Bożego Narodzenia. Zresztą bardzo niewiele minionych pamiętam, więc skończmy z tymi spekulacjami.

Może prościej będzie znaleźć odpowiedź, próbując skupić się na tym, czego w tych świętach/w ich czasie nie lubię. Hmmmm... Nienawidzę np. dzielenia się opłatkiem. Co roku te same, mniej lub bardziej szczere życzenia, ta sama sztuczna atmosfera pojednania. Jeszcze gorsze są sms, maile i tym podobne "wiadomości" od ludzi, którzy w pozostałą część roku się mną kompletnie nie interesują. Nagle wszyscy sobie o moim bycie przypominają. Znaczy się, wysyłają hurtem te same życzenia do wszystkich lub prawie wszystkich, których numery przypadkiem mają w swoich komórkach, a których to jakimś cudem jeszcze nie wykasowali. W tym do mnie. Nawet nie chce im się iść na pocztę, aby wysłać własnoręcznie napisaną pocztówkę, że o zwykłym pytaniu przez telefon "jak się masz?", czy odwiedzinach nawet już nie wspomnę. Żałosne to i smutne. Nawet ludzie na ulicy starają się być milsi. Ci sami notabene, którzy zabijają mnie wzrokiem w momencie, kiedy bezdomnemu zafunduje w restauracji obiad. Kurwa, czy ja pieniądze na ten posiłek dla niego z ich portfela wyciągam, czy co? Bo nie rozumiem... W takich momentach czuję się naprawdę jak obcy. Nie, nie robię tego w święta, znaczy nie tylko w święta. Nie daje biednym pieniędzy, ale jeśli podejdzie i powie, że jest głodny, to go nakarmię i nie potrzebuje do tego dodatkowej motywacji w postaci jakichkolwiek świąt, czy innych "dni specjalnych". Jak już mowa o jedzeniu, nie lubię Karpia. Wolę Dorsza, Pstrąga, szczególnie takiego prosto z wody. Tym czasem tradycyjnie na stołach serwowany jest Karp, który mi zwyczajnie śmierdzi mułem. Co roku także odnoszę wrażenie, że nie jestem tam gdzie bym chciał, nie z tymi z którymi bym chciał, a przynajmniej nigdy (tak się jakoś złożyło w moim życiu) przy jednym stole nie mogłem posadzić wszystkich, z którymi w tym momencie mógłbym chcieć przy tym stole zasiąść i chyba nigdy nie będzie to możliwe. Moje mniejsze lub większe frustracje związane z tym faktem, albo wręcz z całymi świętami tradycyjnie co roku, doprowadzają także do momentu, w którym powiem komuś coś, czego tak naprawdę powiedzieć nie chciałem. Nie lubię psuć innym świątecznej atmosfery. Nie lubię, a jednak zazwyczaj mi się to udaje...

I nadal nie wiem dlaczego nienawidzę tych świąt. Być może zwyczajnie i po prostu nienawidzę i tyle. Mimo to szczerze chciałbym Ci życzyć tradycyjnie zdrowych i wesołych świąt..., oraz - a może przede wszystkim - tego, aby nie dane mi było atmosfery tych świąt Ci popsuć. Ja obiecuję, że postaram się najmocniej jak tylko potrafię tego nie zrobić.

"Zazwyczaj wiemy zbyt mało o motywach takich a nie innych zachowań, nie znamy ani wszystkich uwarunkowań, ani wszystkich tajemnic, a przez to jesteśmy skłonni do krzywdzących uogólnień. Spoglądając z odległego zewnątrz, widzimy jedynie rozmazany w jednym miejscu i przesadnie podkolorowany w innym portret kogoś na niewyraźnym lub krzykliwie przesadzonym tle pozbawionym szczegółów. Ta optyka, z definicji, jest optyką osoby niedowidzącej. Gdy taka osoba na dodatek nienawidzi, to staje się niewidoma. Prawo do sprawiedliwego sądu nad kimś mamy dopiero wtedy, gdy zechcemy i będziemy starali się go zrozumieć. A do tego potrzebne jest przekroczenie pewnej granicy intymności. Dopiero za tą granicą wolno nam zacząć budować własną teorię dobra i zła, ciągle pamiętając, że i tak będzie względną..."

Janusz Leon Wiśniewski
Franfurkt nad Menem, 2005